Droga Morderczynio miało być Harrune, ale wyszło, jak wyszło. Nic nie poradzę. Ja tu tylko piszę! Oto część pierwsza, zapraszam do czytania.
Pęd jaskrawo żółtej, głęboko niebieskiej, intensywnie zielonej, gryząco różowej, no w każdym razie pełnej kolorów postaci, odcinał się od szarej, londyńskiej codzienności. Szeroko uśmiechnięta, drobna osóbka, o mleczno białych falujących za nią włosach, wykrzykiwała przeprosiny, co rusz potrącając przechodniów. Jej dźwięczny głosik zlewał się z ulicznym gwarem, wśród warkotu silników, klaksonów aut, pisków i rozmów. Widok zdecydowanie oryginalny, mimo aury codzienności sprawiał, że na twarzach przechodniów wykwitał uśmiech. Tymczasem dziewczyna wbiegła do kawiarni i spojrzała przepraszająco na chłopaka za ladą.
- Znów spóźniona...- przeciągał groźnie sylaby, a następnie pogroził jej żartobliwie palcem.- Jeśli szef się o tym dowie...
- To wszystko wina tych Fruwajków Niecosiów! - powiedziała śmiertelnie poważnym tonem.- Wstaje rano i niby wszystko robię dosyć szybko. Kiedy wychodzę z kuchni jest za dwadzieścia, czyli w sam raz, żeby zdążyć tutaj na czas, ale kiedy wiąże buty... Fruwajki musiały zalęgnąć się na moich sznurówkach! Są mikroskopijne, małe psotki. Jak zaczynam wiązać buty, załamują czasoprzestrzeń i kiedy jestem na dole, zostaje mi tylko dziesięć minut! Nie mam pojęcia, jak to się dzieje.
Spojrzał na nią dobrodusznie, była tak pełna wiary w to co mówi... Kiedy zaczęła tu pracę przed miesiącem, myślał że się z niego nabija. Z czasem zrozumiał, że w tych przejrzystych, wielkich błękitnych oczach nie ma niczego prócz wiary i szczerości, a już napewno- kpiny, czy sarkazmu. Była niezwykle pokręcona, na ten swój uroczy sposób, była też najlepszym pracownikiem. Uwielbiali ją wszyscy! Zarówno dzieci, które wręcz do niej lgnęły, jak i dorośli, którym zawsze poprawiała humor. On sam nie potrafił się na nią gniewać, mimo że rano musiał wszystkim zajmować się sam.
- Luna jest jakiś sposób, żeby pozbyć się tych Fruwajków?- z lekkim uśmiechem podał jej fartuch i zaczął parzyć kawę.
- Ależ kiedy one przynoszą mi szczęście Mark! - zaprotestowała gwałtownie kręcąc głową.
- Szczęście? - podał jej filiżankę. - Luna, kochanie... Nie możesz się spóźniać. Trzeba coś wymyślić.
- No dobrze.- mruknęła upijając łyk.- Będę musiała kupić nowe buty, ale teraz jak nic zaczną mi uciekać i będę musiała chodzić boso.
Zasmucona dosypała sobie więcej cukru i zaczęła energicznie mieszać. Z lekkim niedowierzaniem pokręcił głową, powoli przyswajając informacje.
- Mam pomysł!- wykrzyknął.- Utnij po kawałku sznurówki z Fruwajkami i wrzuć po jednym do każdego buta, to z pewnością pomoże! Tylko niech nowe buty będą na rzepy, bo sznurówki mogą się zarazić Fruwajkami.
- Masz rację! - rzuciła się na niego, żeby go uściskać.- Co ja bym bez ciebie zrobiła, Mark?!
Poklepał ją delikatnie po ramionach, czując uścisk w klatce piersiowej. Tak. Mark bardzo lubił Lunę, ale ta zdawała się być kompletnie po za jego zasięgiem. Nic o niej, nie wiedział. Nie była też dziewczyną, którą zaprasza się na randkę, stawia drinka, czy cokolwiek. Chciał się z nią chociaż zaprzyjaźnić, lepiej poznać. Była wyjątkowa, ujmująca i wspaniała, ale on czuł, że skrywa jakąś smutną historię. Czasem w chwilach "zawieszenia", jak nazywał Mark momenty, kiedy Luna zamyśliła się i była kompletnie nieobecna, w jej oczach widać było ogromny smutek. Nic jednak nie chciała nigdy powiedzieć, zbywała go, albo zmieniała temat. No cóż... Postanowił robić dobrą minę do złej gry i poczekać, aż przyjdzie odpowiedni moment.
Moment ten nadszedł stosunkowo szybko, okazał się być też całkiem niezależny, od poczynań chłopaka. Tego dnia Luna zdawała się być bardziej roztargniona i zadumana niż zwykle. Co i rusz przyłapywał ją na bujaniu w obłokach, a w jej oczach zdawało się czaić jeszcze więcej smutku niż zwykle. Starał się ją rozbawić, na wszelkie sposoby, ale tylko raz czy dwa na jej twarzy pojawił się blady cień uśmiechu. Po dwudziestej, kiedy już kończyli sprzątać, a słońce zaszło i nastała noc, Luna po raz pierwszy tego dnia odezwała się sama z siebie.
- Mark, ja wiem że praktycznie mnie nie znasz, ale...- urwała, jakby chciała starannie dobrać słowa. Chłopak zastygł z mopem w ręku, bojąc się popełnić jakiś błąd. Czuł, że to ważna chwila.
- Wiesz, ja chciałabym cię prosić...- znów cichy i drżący głos zawisł w przestrzeni, sprawiajac, że stała się jakby gęsta.
Postanowił jej pomóc.
- Tak, Luna?- szepnął.
- Dziś nie chciałabym być sama.- odparła cichutko.
Podszedł i objął ją. Nie wiedział kompletnie o co chodzi, ale nie zamierzał rezygnować. Był dosyć samotnym człowiekiem, a takie sytuacje nie przytrafiały mu się zbyt często.
- Spokojnie.- mruknął.- Skończymy i zawiozę cię, gdzie tylko będziesz chciała.
Oderwała się od niego, skinęła głową, otarła łzę, która zabłąkała się w kąciku jej ślicznego oka i zabrała się z powrotem do pracy, podobnie jak Mark, który co chwila na nią zerkał.
Przekręcił klucz w drzwiach i zaprosił ją gestem, żeby usiadła. Jego auto było stare i tanie, jak to już bywa w przypadku studentów. Pracował w kawiarni dorywczo, na codzień studiując medycynę i marząc o pracy w ramach wolontariatu, w krajach trzeciego świata, o czym opowiadał Lunie w drodze do jej mieszkania. Zaparkowali "na styk" na zatłoczonym parkingu, pod starą, podniszczoną kamienicą. Wyciągnął z bagażnika kosmetyczkę i zestaw ubrań, które zawsze woził ze sobą "na wszelki wypadek". Poprowadziła go przez podwórko do klatki schodowej. Nie było tam światła, ze ścian sypał się tynk, a raz potknął się o jednego z legionu kotów, które zalegały dosłownie wszędzie. Luna wytłumaczyła, że dokarmia je jakaś starsza kobieta, mimo protestu innych mieszkańców. Ona bardzo lubiła zwierzęta, aczkolwiek przyznała, że jest lekko poirytowana całą sytuacją. Mark skrzywił się lekko. Sierściuchów było zdecydowanie zbyt dużo, co wiązało się z ogromnym bałaganem i hałasem. Ruszył dużo ostrożniej nie chcąc narazić się na gniew, kolejnego dachowca, jakby nie patrzeć trwałby on dziewięć żyć.
Mieszkanie Luny było niewielkie i bardzo osobliwe, jak jego właścicielka. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że panuje tu kompletny nieład, ale blondynka wspaniale odnajdywała się w owym chaosie, lawirując między książkami, stosami nieznanych mu czasopism, i jakichś dziwnych urządzeń. Zaprosiła go do małego saloniku, a sama poszła do kuchni zaparzyć herbatę. Mark czuł się kompletnie zagubiony wśród tylu różnych dziwnych rzeczy. Nie wiedział na czym się skupić. Wydawało się mu, jakby znajdował się w muzeum. Stało tam pełno szklanych sześcienów, w których zatopione były przeróżne zwierzęta, o których istnieniu nawet nie wiedział, a przecież był studentem medycyny! Zauważył urządzenie przypominające mu mikroskop, i cynowy kociołek. Popatrzył na kredens. Nie było tam żadnych fotografii podobnie jak w całym domu, co nieco go zaskoczyło. Sięgnął po jedną gazetę, z ogromnego stosu- kolorowe czasopismo o tytule "Żongler". Zmarszczył brwi z niedowierzania, gdy zobaczył tytuły, było to chyba czasopismo fantasy- "Polowanie na charpaka krętorogiego.", "Co zamierza Minister Magii, w sprawie strajku goblinów z Gringotta?", "Czy Czarny Pan powrócił?!". Otworzył na pierwszą stronę i krzyknął. Postacie na zdjęciach... Poruszały się! Do salonu weszła Luna. Mrugając patrzył to na nią, to na gazetę. Postawiła przed nim filiżankę i gdy spojrzała na to co trzyma w rękach, ciężko opadła na fotel.
- Mark, widzisz... Ja jestem czarownicą.- powiedziała spuszczając wzrok.
- Co?- wydusił z siebie, po raz pierwszy patrząc na nią jak na wariatkę.- Jak to?
- Jestem czarownicą.- odparła i patrząc mu w oczy zaczęła swoją opowieść...
- Pochodzę z rodziny czarodziejów. Mój ojciec był redaktorem magicznego czasopisma, które właśnie czytasz, a matka naukowcem. Ona umarła jak miałam osiem lat w wypadku przy nieudanym eksperymencie, a on dwa lata temu. Czarodzieje żyją wśród mugoli- czyli ludzi niemagicznych. Mamy swoje Ministerstwa i szkoły. Ja rok temu skończyłam Hogwart- to taka prestiżowa szkoła. Mamy różdżki i czarujemy, żyjemy wśród mugoli, ale w tajemnicy częściowo chyba ze strachu przed chaosem, jakie mogłoby wywołać nasze ujawnienie się. W Londynie znajduje się wiele miejsc czarodziejskich, są na nie rzucone zaklęcia, które sprawiają, że tylko czarodzieje je dostrzegają. Wiem ciężko w to uwierzyć, ale należę do społeczności, która żyje tuż obok ciebie, a ty nie masz o niej pojęcia. W naszym świecie przed kilku laty zaczęła się wojna, brali w niej udział prawie wszyscy czarodzieje, przynajmniej z Wielkiej Brytanii. Wywołał ją zły czarnoksiężnik- Voldemort...
I tak Luna opowiadała mu o wojnie, o Harrym Potterze- jej przyjacielu, o bitwie o Hogwart, o samym Hogwarcie, o Pokątnej, o banku Gringotta, a on z fascynacją chłonął każde jej słowo i wciąż pytał, i pytał. Na początku pomyślał, że kompletnie zbzikowała, a wraz z tym, że coraz bardziej jej wierzył, on najwyraźniej też. Szybko odegnał od siebie tę myśli. Minęło kilka dobrych godzin, a herbata którą mu podała ostygła. Poszła zaparzyć nową.
- Dlaczego mi o tym opowiadasz?- spytał.
- Bo nie mam nikogo.- szepnęła.
- Jak to?- zdziwił się.
- A Ron, Hermiona, Harry, Ginny?
- Widzisz i dochodzimy do momentu kiedy skończyłam Hogwart, rok po wojnie.- podjęła.- W wakacje mieszkałam w Norze, tym domu Rona, razem z jego rodziną, Harrym i Hermioną. Mój dom był w ruinie, jak już wspomniałam. Uratowałam co prawda część rzeczy...- machnęł niedbale ręką, w okół siebie wskazując na przedmioty poukładane na podłodze i półkach.- ale nie mogłam już tam mieszkać. Po bitwie bardzo zżyłam się z Harrym. Był dla mnie dobry, dbał o mnie. Spędzaliśmy nie jedną noc na wieży astronomicznej, najwyższej w zamku. Patrzyliśmy w gwiazdy, rozmawialiśmy. Wydawało mi się, że tylko on mnie rozumie, on też stracił rodziców, on też był nie rozumiany przez innych, bo widzisz w moim świecie, także uchodziłam za dziwaczkę, która wciąż paplała o nieistniejących stworzeniach. Tak czy inaczej, zakochałam się w nim bez pamięci. On jednak wciąż traktował mnie jak przyjaciółkę. Zawsze byłam tylko Pomyluną- miłą koleżanką. On był moim jedynym przyjacielem i moją miłością. Kiedy wprowadziłam się do Nory, mimo że mieszkaliśmy pod jednym dachem czułam się, na ironię jeszcze bardziej samotna. Skończyły się nasze noce wśród gwiazd. Powoli razem z Ronem przygotowywali się do kursu na aurorów- takich policjantów z Interpolu, w wersji magicznej. Zaczął też spędzać więcej czasu z Ginny. Z dnia, na dzień obserwowałam jak się zbliżają. Widzisz dziś jest rocznica ich ślubu...
Zaczerpnąłem gwałtownie powietrze, czując jak wzbiera we mnie ogromny żal do tej ślicznej, filigranowej dziewczyny.
- Nie byłam w stanie na niego pójść.- mówiła, choć wydawała się być zupełnie nieobecna.- Spakowałam się i zniknęłam. Zaczęłam żyć wśród mugoli, nie używam od tamtego czasu różdżki, zerwałam kontakt z tamtym... Z moim światem. Oto moja historia.
Podszedł do niej bez słowa i mocno przytulił. Trwali tak chwilę, a kiedy się ode niego oderwała na jej twarzy nie było już smutku tylko lekki uśmiech.
- Chodźmy na spacer.- powiedziała nagle.
~Shen