sobota, 18 marca 2017

Czarodziejka z księżyca cz. I

Droga Morderczynio miało być Harrune, ale wyszło, jak wyszło. Nic nie poradzę. Ja tu tylko piszę! Oto część pierwsza, zapraszam do czytania.

      Pęd jaskrawo żółtej, głęboko niebieskiej, intensywnie zielonej, gryząco różowej, no w każdym razie pełnej kolorów postaci, odcinał się od szarej, londyńskiej codzienności. Szeroko uśmiechnięta, drobna osóbka, o mleczno białych falujących za nią włosach, wykrzykiwała przeprosiny, co rusz potrącając przechodniów. Jej dźwięczny głosik zlewał się z ulicznym gwarem, wśród warkotu silników, klaksonów aut, pisków i rozmów. Widok zdecydowanie oryginalny, mimo aury codzienności sprawiał, że na twarzach przechodniów wykwitał uśmiech. Tymczasem dziewczyna wbiegła do kawiarni i spojrzała przepraszająco na chłopaka za ladą.
- Znów spóźniona...- przeciągał groźnie sylaby, a następnie pogroził jej żartobliwie palcem.- Jeśli szef się o tym dowie...
- To wszystko wina tych Fruwajków Niecosiów! - powiedziała śmiertelnie poważnym tonem.- Wstaje rano i niby wszystko robię dosyć szybko. Kiedy wychodzę z kuchni jest za dwadzieścia, czyli w sam raz, żeby zdążyć tutaj na czas, ale kiedy wiąże buty... Fruwajki musiały zalęgnąć się na moich sznurówkach! Są mikroskopijne, małe psotki. Jak zaczynam wiązać buty, załamują czasoprzestrzeń i kiedy jestem na dole, zostaje mi tylko dziesięć minut! Nie mam pojęcia, jak to się dzieje.
Spojrzał na nią dobrodusznie, była tak pełna wiary w to co mówi... Kiedy zaczęła tu pracę przed miesiącem, myślał że się z niego nabija. Z czasem zrozumiał, że w tych przejrzystych, wielkich błękitnych oczach nie ma niczego prócz wiary i szczerości, a już napewno- kpiny, czy sarkazmu. Była niezwykle pokręcona, na ten swój uroczy sposób, była też najlepszym pracownikiem. Uwielbiali ją wszyscy! Zarówno dzieci, które wręcz do niej lgnęły, jak i dorośli, którym zawsze poprawiała humor. On sam nie potrafił się na nią gniewać, mimo że rano musiał wszystkim zajmować się sam.
- Luna jest jakiś sposób, żeby pozbyć się tych Fruwajków?- z lekkim uśmiechem podał jej fartuch i zaczął parzyć kawę.
- Ależ kiedy one przynoszą mi szczęście Mark! - zaprotestowała gwałtownie kręcąc głową.
- Szczęście? - podał jej filiżankę. - Luna, kochanie... Nie możesz się spóźniać. Trzeba coś wymyślić.
- No dobrze.- mruknęła upijając łyk.- Będę musiała kupić nowe buty, ale teraz jak nic zaczną mi uciekać i będę musiała chodzić boso.
Zasmucona dosypała sobie więcej cukru i zaczęła energicznie mieszać. Z lekkim niedowierzaniem pokręcił głową, powoli przyswajając informacje.
- Mam pomysł!- wykrzyknął.- Utnij po kawałku sznurówki z Fruwajkami i wrzuć po jednym do każdego buta, to z pewnością pomoże! Tylko niech nowe buty będą na rzepy, bo sznurówki mogą się zarazić Fruwajkami.
- Masz rację! - rzuciła się na niego, żeby go uściskać.- Co ja bym bez ciebie zrobiła, Mark?!
Poklepał ją delikatnie po ramionach, czując uścisk w klatce piersiowej. Tak. Mark bardzo lubił Lunę, ale ta zdawała się być kompletnie po za jego zasięgiem. Nic o niej, nie wiedział. Nie była też dziewczyną, którą zaprasza się na randkę, stawia drinka, czy cokolwiek. Chciał się z nią chociaż zaprzyjaźnić, lepiej poznać. Była wyjątkowa, ujmująca i wspaniała, ale on czuł, że skrywa jakąś smutną historię. Czasem w chwilach "zawieszenia", jak nazywał Mark momenty, kiedy Luna zamyśliła się i była kompletnie nieobecna, w jej oczach widać było ogromny smutek. Nic jednak nie chciała nigdy powiedzieć, zbywała go, albo zmieniała temat. No cóż... Postanowił robić dobrą minę do złej gry i poczekać, aż przyjdzie odpowiedni moment.
    Moment ten nadszedł stosunkowo szybko, okazał się być też całkiem niezależny, od poczynań chłopaka. Tego dnia Luna zdawała się być bardziej roztargniona i zadumana niż zwykle. Co i rusz przyłapywał ją na bujaniu w obłokach, a w jej oczach zdawało się czaić jeszcze więcej smutku niż zwykle. Starał się ją rozbawić, na wszelkie sposoby, ale tylko raz czy dwa na jej twarzy pojawił się blady cień uśmiechu. Po dwudziestej, kiedy już kończyli sprzątać, a słońce zaszło i nastała noc, Luna po raz pierwszy tego dnia odezwała się sama z siebie.
- Mark, ja wiem że praktycznie mnie nie znasz, ale...- urwała, jakby chciała starannie dobrać słowa. Chłopak zastygł z mopem w ręku, bojąc się popełnić jakiś błąd. Czuł, że to ważna chwila.
- Wiesz, ja chciałabym cię prosić...- znów cichy i drżący głos zawisł w przestrzeni, sprawiajac, że stała się jakby gęsta.
Postanowił jej pomóc.
- Tak, Luna?- szepnął.
- Dziś nie chciałabym być sama.- odparła cichutko.
Podszedł i objął ją. Nie wiedział kompletnie o co chodzi, ale nie zamierzał rezygnować. Był dosyć samotnym człowiekiem, a takie sytuacje nie przytrafiały mu się zbyt często.
- Spokojnie.- mruknął.- Skończymy i zawiozę cię, gdzie tylko będziesz chciała.
Oderwała się od niego, skinęła głową, otarła łzę, która zabłąkała się w kąciku jej ślicznego oka i zabrała się z powrotem do pracy, podobnie jak Mark, który co chwila na nią zerkał.
     Przekręcił klucz w drzwiach i zaprosił ją gestem, żeby usiadła. Jego auto było stare i tanie, jak to już bywa w przypadku studentów. Pracował w kawiarni dorywczo, na codzień studiując medycynę i marząc o pracy w ramach wolontariatu, w krajach trzeciego świata, o czym opowiadał Lunie w drodze do jej mieszkania. Zaparkowali "na styk" na zatłoczonym parkingu, pod starą, podniszczoną kamienicą. Wyciągnął z bagażnika kosmetyczkę i zestaw ubrań, które zawsze woził ze sobą "na wszelki wypadek". Poprowadziła go przez podwórko do klatki schodowej. Nie było tam światła, ze ścian sypał się tynk, a raz potknął się o jednego z legionu kotów, które zalegały dosłownie wszędzie. Luna wytłumaczyła, że dokarmia je jakaś starsza kobieta, mimo protestu innych mieszkańców. Ona bardzo lubiła zwierzęta, aczkolwiek przyznała, że jest lekko poirytowana całą sytuacją. Mark skrzywił się lekko. Sierściuchów było zdecydowanie zbyt dużo, co wiązało się z ogromnym bałaganem i hałasem. Ruszył dużo ostrożniej nie chcąc narazić się na gniew, kolejnego dachowca, jakby nie patrzeć trwałby on dziewięć żyć.
     Mieszkanie Luny było niewielkie i bardzo osobliwe, jak jego właścicielka. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że panuje tu kompletny nieład, ale blondynka wspaniale odnajdywała się w owym chaosie, lawirując między książkami, stosami nieznanych mu czasopism, i jakichś dziwnych urządzeń. Zaprosiła go do małego saloniku, a sama poszła do kuchni zaparzyć herbatę. Mark czuł się kompletnie zagubiony wśród tylu różnych dziwnych rzeczy. Nie wiedział na czym się skupić. Wydawało się mu, jakby znajdował się w muzeum. Stało tam pełno szklanych sześcienów, w których zatopione były przeróżne zwierzęta, o których istnieniu nawet nie wiedział, a przecież był studentem medycyny! Zauważył urządzenie przypominające mu mikroskop, i cynowy kociołek. Popatrzył na kredens. Nie było tam żadnych fotografii podobnie jak w całym domu, co nieco go zaskoczyło.  Sięgnął po jedną gazetę, z ogromnego stosu- kolorowe czasopismo o tytule "Żongler". Zmarszczył brwi z niedowierzania, gdy zobaczył tytuły, było to chyba czasopismo fantasy- "Polowanie na charpaka krętorogiego.", "Co zamierza Minister Magii, w sprawie strajku goblinów z Gringotta?", "Czy Czarny Pan powrócił?!". Otworzył na pierwszą stronę i krzyknął. Postacie na zdjęciach... Poruszały się! Do salonu weszła Luna. Mrugając patrzył to na nią, to na gazetę. Postawiła przed nim filiżankę i gdy spojrzała na to co trzyma w rękach, ciężko opadła na fotel.
- Mark, widzisz... Ja jestem czarownicą.- powiedziała spuszczając wzrok.
- Co?- wydusił z siebie, po raz pierwszy patrząc na nią jak na wariatkę.- Jak to?
- Jestem czarownicą.- odparła i patrząc mu w oczy zaczęła swoją opowieść...

- Pochodzę z rodziny czarodziejów. Mój ojciec był redaktorem magicznego czasopisma, które właśnie czytasz, a matka naukowcem. Ona umarła jak miałam osiem lat w wypadku przy nieudanym eksperymencie, a on dwa lata temu. Czarodzieje żyją wśród mugoli- czyli ludzi niemagicznych. Mamy swoje Ministerstwa i szkoły. Ja rok temu skończyłam Hogwart- to taka prestiżowa szkoła. Mamy różdżki i czarujemy, żyjemy wśród mugoli, ale w tajemnicy częściowo chyba ze strachu przed chaosem, jakie mogłoby wywołać nasze ujawnienie się. W Londynie znajduje się wiele miejsc czarodziejskich, są na nie rzucone zaklęcia, które sprawiają, że tylko czarodzieje je dostrzegają. Wiem ciężko w to uwierzyć, ale należę do społeczności, która żyje tuż obok ciebie, a ty nie masz o niej pojęcia. W naszym świecie przed kilku laty zaczęła się wojna, brali w niej udział prawie wszyscy czarodzieje, przynajmniej z Wielkiej Brytanii. Wywołał ją zły czarnoksiężnik- Voldemort...

I tak Luna opowiadała mu o wojnie, o Harrym Potterze- jej przyjacielu, o bitwie o Hogwart, o samym Hogwarcie, o Pokątnej, o banku Gringotta, a on z fascynacją chłonął każde jej słowo i wciąż pytał, i pytał. Na początku pomyślał, że kompletnie zbzikowała, a wraz z tym, że coraz bardziej jej wierzył, on najwyraźniej też. Szybko odegnał od siebie tę myśli. Minęło kilka dobrych godzin, a herbata którą mu podała ostygła. Poszła zaparzyć nową.
- Dlaczego mi o tym opowiadasz?- spytał.
- Bo nie mam nikogo.- szepnęła.
- Jak to?- zdziwił się.
- A Ron, Hermiona, Harry, Ginny?
- Widzisz i dochodzimy do momentu kiedy skończyłam Hogwart, rok po wojnie.- podjęła.- W wakacje mieszkałam w Norze, tym domu Rona, razem z jego rodziną, Harrym i Hermioną. Mój dom był w ruinie, jak już wspomniałam. Uratowałam co prawda część rzeczy...- machnęł niedbale ręką, w okół siebie wskazując na przedmioty poukładane na podłodze i półkach.- ale nie mogłam już tam mieszkać. Po bitwie bardzo zżyłam się z Harrym. Był dla mnie dobry, dbał o mnie. Spędzaliśmy nie jedną noc na wieży astronomicznej, najwyższej w zamku. Patrzyliśmy w gwiazdy, rozmawialiśmy. Wydawało mi się, że tylko on mnie rozumie, on też stracił rodziców, on też był nie rozumiany przez innych, bo widzisz w moim świecie, także uchodziłam za dziwaczkę, która wciąż paplała o nieistniejących stworzeniach. Tak czy inaczej, zakochałam się w nim bez pamięci. On jednak wciąż traktował mnie jak przyjaciółkę. Zawsze byłam tylko Pomyluną- miłą koleżanką. On był moim jedynym przyjacielem i moją miłością. Kiedy wprowadziłam się do Nory, mimo że mieszkaliśmy pod jednym dachem czułam się, na ironię jeszcze bardziej samotna. Skończyły się nasze noce wśród gwiazd. Powoli razem z Ronem przygotowywali się do kursu na aurorów- takich policjantów z Interpolu, w wersji magicznej. Zaczął też spędzać więcej czasu z Ginny. Z dnia, na dzień obserwowałam jak się zbliżają. Widzisz dziś jest rocznica ich ślubu...
Zaczerpnąłem gwałtownie powietrze, czując jak wzbiera we mnie ogromny żal do tej ślicznej, filigranowej dziewczyny.
- Nie byłam w stanie na niego pójść.- mówiła, choć wydawała się być zupełnie nieobecna.- Spakowałam się i zniknęłam. Zaczęłam żyć wśród mugoli, nie używam od tamtego czasu różdżki, zerwałam kontakt z tamtym... Z moim światem. Oto moja historia.
Podszedł do niej bez słowa i mocno przytulił. Trwali tak chwilę, a kiedy się ode niego oderwała na jej twarzy nie było już smutku tylko lekki uśmiech.
- Chodźmy na spacer.- powiedziała nagle.

~Shen

czwartek, 16 marca 2017

Supernowa (Drinny)

Dziękuję dziewczyny za komemtarze! Jesteście kochane. Specjalnie dla was Drinny, mam nadzieję że lubicie tę parę. Mroczna czekam na propozycję odnośnie naszej działalność (jjuullcciikk@gmail.com). Morderczynio po raz setny i aż do znudzenia: jesteś wielka. Zostawcie w kom. propozycje parringów do miniaturek- napiszę z dedykacją ;)

     Tego ranka nikt nie zauważył zwiastunów burzy, jaka miała nastąpić już podczas śniadania w Wielkiej Sali. Co więcej nikt w ogóle nie spodziewał się, że taka sytuacja kiedykolwiek nastąpi! Kto przecież miałby podejść do Harrego Pottera, chłopca który przeżył i pokonał Sami- Wiecie- Kogo, żeby przyłożyć mu prosto w nos, a następnie wylać na głowę miskę owsianki i odejść? Co więcej kto by pomyślał, że zrobi to Ginny Weasly?
Nic, więc dziwnego że w całym Hogwarcie nie mówiono o niczym innym od tygodnia. Temat ten nie schodził z ust wszystkich uczniów i zdawało się nawet, że bitwa o Hogwart, która odbyła się zaledwie kilka miesięcy wcześniej, stracił na popularności. Wszyscy spekulowali co popchnęło do tego czynu Weasleyównę.
- Napewno musiała go przyłapać z tą krukonką, z którą spotyka się od kilku dni. - mruknął Dean, oglądając się w każdą stronę czy Ginny nie ma w pobliżu. Nie uśmiechał mu się Upiorogacek, z którego dziewczyna słynęła w chyba całym czarodziejskim świecie.
- No co ty!- mruknął Seamus, rzucając zaklęcie wyciszające (ostrożności nigdy za wiele).- Nie są razem od bitwy.
- Może chce do niego wrócić...
     Nikt jednak nie wiedział, o co tak naprawdę chodzi ani Hermiona z którą była bardzo blisko, ani nawet sam Harry.
- Hermiono, jesteś jej najlepszą przyjaciółką! - błagalnym tonem zwrócił się do dziewczyny, gdy równo tydzień i dwa dni, po owym zdarzeniu zmierzali na śniadanie.- Musisz coś wiedzieć!
- Harry ja naprawdę nie mam pojęcia czym ją tak wkurzyłeś.- odparła znudzonym tonem, pewnie dlatego że męczył ją tym już od tygodnia.- Wyluzuj przejdzie jej.
- Kiedy?! - warknął, ale szybko się opamiętał, gdy posłała mu mordercze spojrzenie.- Nie odzywa się do mnie od dziewięciu dni...
- Harry, skoro nawet Miona, mówi ci żebyś wyluzował...- zaczął Ron, ale przerwał, żeby zebrać burę od  dziewczyny, która mocno zarumieniona zrugała go, za mówienie do niej per Miona.
Harry mógł się założyć, że ten rumieniec, wcale nie świadczy o tym, że nie lubi kiedy tak się ją nazywa...  Zaraz skarcił się za tę myśl, po czym zasiadł przy stole i nałożył sobie tosty, kilka kanapek oraz jajecznicę. Musiał się dużo najeść, dziś miał się odbyć ich ostatni mecz quidditcha. Z nostalgią zatopił się we wspomnieniach: jego pierwszy lot na miotle, Nimbus 2000, znicz który złapał, prawie go połykając, Błyskawica, ucieczka przed rozjuszonym rogogonem... Został ostatni miesiąc szkoły. Wszystkie mecze zostały przeniesione właśnie na czerwiec, ponieważ po marcowej bitwie trzeba było naprawić zniszczenia, w co zostali zaangażowani wszyscy uczniowie szóstego i siódmego roku. Nagle omal nie zachłysnął się sokiem dyniowym.
- Ron! - jeknął przeciągle.- Mecz... Ginny...
- O cholera! - rudzielec skrzywił się.
- Co o co chodzi? - Hermiona oderwała się od "Transmutacji dla zaawansowanych".
- Hermiono, nie masz może odrobiny Felix Felicis? - chłopiec, który zwyciężył był kompletnie załamany.
- Skąd ci przyszłedł do głowy Felix Felicis? - zamrugała ze zdziwienia.
- Mecz.- jęknął.
- Po pierwsze - to oszustwo, po drugie - nie przegrałeś żadnego meczu od trzeciego roku, dlatego nie rozumiem po co...- zaczęła swój wywód, ale Ron jej przerwał.
- Racja Hermiono, ale jeśli Harry chce go przeżyć to albo wytrzaśniesz mu nową ścigającą, albo będzie potrzebował całego szczęścia tego świata grając w drużynie z moją siostrzyczką.- rudy spojrzał na przyjaciela ze współczuciem.- Może lepiej pójdź z nią pogadaj teraz, niż jak mielibyście kłócić się na boisku.
Cała trójka spojrzała na drugi koniec stołu gryfonów, przy którym siedziała Ginny, a reszta uczniów siedziała w bezpiecznym odstępie kilku miejsc od niej.
- Wiecie co? - mruknął grobowym tonem.- Już wolałbym wskrzesić Voldemorta.
Po czym wstał i zmierzył wprost w paszczę lwa, a raczej rozjuszonej smoczycy.
Ostatecznie mecz odbył się bez jednego ścigającego i szukającego w drużynie gryfonów, a wśród uczniów pojawił się nowy temat numer jeden... Potter posłany przez Weasly do skrzydła szpitalnego.

Ginny całe popołudnie spędziła szorując pordzewiałe kajdany Filcha. McGonagall mimo całej sympatii do dziewczyny dostała białej gorączki. Harry nie mógł zagrać w meczu. Za wszelką cenę zapierając się przed wytłumaczeniem dlaczego pozbawiła Harrego wszystkich kości w kończynach, przez co rozlał się praktycznie na podłodze dostała szlaban. Na domiar złego wyszło na to, że własnoręcznie oddała Puchar Domów Slytherinowi. W czym utwierdził ją sam Severus Snape! Zaciskając zęby omal nie zrobiła dziury w żeliwnych kajdanach, z taką siłą zaczęła je szorować na samo wspomnienie. Naczelny Postrach Hogwartu po meczu osobiście zaszczycił ją w gabinecie Filcha i pogratulował jej przegranej Gryffonów, a nawet przyznał jej pięć punktów za poprawnie rzuconą na Pottera klątwę. Spojrzała na swoje odbicie w wiadrze z pomyjami. Łza wściekłości zakręciła jej się w oku. Teraz ściągnęła sobie na głowę żal całego Gryffindoru. Już słyszała w myślach wyrzuty Rona, a kiedy jej matka się o tym dowie przez całe wakacje nie będzie miała spokoju...
"Czemu rzuciłaś klątwę na biednego Harrego? Zawiodłam się na tobie Ginewro..." Właściwie cud, że po ostatnim nie dostała wyjca. Jednak najbardziej zła była na siebie. Dlaczego nie potrafiła się opanować?! Dlaczego?! I dla kogo?!

Kiedy usłyszała, co mówił Harry...

Siedzieli na wierzy astronomicznej. Spoglądała w jego stalowoszare tęczówki, odbijały się w nich gwiazdy. Przyciągnął ją do siebie i pocałował. Zatopiła się w jego ustach. Całował ją z pełną pasją, a ona odpowiadała mu jeszcze żarliwiej. Kiedy zsunął dłonie na jej pośladki, poczuła ukłucie podniecenia w podbrzuszu. Całym ciałem przylgnęła do niego opieracjąc się o jego silną pierś. To co wyprawiał językiem było niesamowite! Kiedy mocno ścisnął jej pierś otarła się o niego z cichym jęknięciem. Nigdy nie była tak podniecona, myślała że zaraz eksploduje, a on przecież tylko ją całował! Nagle oderwał się od niej i zakrył jej usta. Pełna oburzenia chciała krzyczeć, ale wtedy też usłyszała. Ktoś wchodził po schodach! Nikt nie może zobaczyć ich razem! Spojrzała na niego z przerażeniem.
Nachylił się i zaczął szeptać.
- Rzucę na ciebie zaklęcie kameleona, jest po północy to pewnie Snape, jestem prefektem, więc nic mi nie będzie, a ty wymkniesz się po cichu.- widząc, że chce protestować, dodał.- Już, bez gadania. Dołączę do ciebie pod łazienką Wyjącej Marty.
Machnął różdżką w ostatniej chwili. Na wieżę wszedł Potter ciągnąc za rękę jakąś dziewczynę, chyba krukonkę z piątego roku.
- Ooo... Malfoy.- warknął, gdy tylko go zobaczył.- Co ty tu robisz?!
- Jestem prefektem i jestem na patrolu, z kolei ty powinieneś być teraz w wieży Gryffindoru.- odparł chłodno.- Minus dziesięć punktów za ciebie i za twoją partnerkę.
- Nie pozwalaj sobie Malfoy.- Złoty Chłopiec już sięgał po różdżkę, ale Draco był szybszy i w ciągu kilku sekund pochwycił ją w locie.
- Słuchaj, Potter.- warknął.- Powiem jeszcze raz, żeby twój mózg to przyswoił. Jestem prefektem, ty nie. Nie masz prawa, ani tu przebywać, ani tym bardziej podnosić na mnie różdżki. Za co otrzymujesz minus 20 punktów od Gryffindoru. Teraz oddam ci różdżkę, a ty wrócisz grzecznie do swojej wieży.
- Ani mi się śni, słyszałem że zabierasz ze sobą swoje dziwki na patrole, gdzie ona? Zrzuciłeś ją z wieży.- wychylił się przez barierkę udając, że czegoś wygląda.- No gdzie twoja dziwka, Malfoy?
Draco z całej siły modlił się, żeby Ginny tego nie słyszała i żeby nie przyłożyć Potterowi w twarz.
- Słownictwo Potter, przyprowadziłeś ze sobą kobietę.- odparł sucho, w środku aż się gotował.
- Tak się składa, że to mugolaczka Fretko.- spojrzał kpiąco na niego.- Jeszcze przed bitwą nazwałbyś ją szlamą.
Dziewczyna, ani myślała dłużej się zastanawiać, uderzyła Pottera z liścia i ruszyła w kierunku wyjścia. Wcale się jej nie dziwił, wolał wdać się w potyczkę ze szkolnym wrogiem, niż zabrać swoją dziewczynę i się nią zająć, a teraz całkiem przegiął...
- Dorośnij wreszcie. - lekko się zaśmiał, wciąż pilnując się żeby nie poprzestawiać mu buźki.- Różdżkę odbierzesz jutro od McGonagall. Spróbował go wyminąć, ale ten rzucił się na niego z pięściami. Spetryfikował go, życzył dobrej nocy i ruszył w kierunku łazienki. Ginny jednak tam nie było. Kiedy tylko odszedł zdjęła z siebie zaklęcie i odprowadziła go wzrokiem.

     Nie potrafiła sobie tego wszystkiego poukładać. Zakochała się w Malfoyu, Fretce, gnojkowi który zawsze jej nienawidził. Zakochała się w nim ze wzajemnością. Mimo to targały nią sprzeczne uczucia i cała masa wątpliwości. Jej przyjaciele się od niej odwrócą! Cała rodzina się od niej odwróci! W końcu to zdrajca! To Malfoy... Zaczęła płakać. Nie miała z kim o tym porozmawiać. Dodatkowo Harry... "Gdzie twoja dziwka Malfoy?" Rzuciła szmatę na podłogę i ze łzami płynącymi po policzkach pobiegła na wieżę astronomiczną lekceważąc wściekłe krzyki Filcha.
Siedział tam opierając się o zimny mur i patrząc w niebo. Wtuliła się w niego, a on kompletnie zaskoczony objął ją delikatnie i zaczął pocieszać.
- Ciii, wszystko będzie dobrze.- pocałował ją w czoło.- No już nie płacz.
- Nic nie będzie dobrze!- krzyknęła.- Kocham cię, rozumiesz?! Nie potrafię przestać!!!
- Dlaczego miałabyś przestać?- odsunął ją od siebie zaskoczony: o co jej do cholery chodzi?
- Stracę przyjaciół, a ty zabawisz się mną i zostawisz jak ci się znudzę!- zaczęła tłuc pięściami po jego piersi, wciąż zanosząc się płaczem.- Myślisz, że nie wiem co robiłeś ze swoimi poprzednimi dziewczynami?!
Prawie go zatkało...
- Ginewro Weasly! - potrzasnął nią a ona wreszcie przestała go tłuc i zamilkła. Po chwili zrobiła się cała czerwona i spuściła wzrok zdając sobie sprawę, co właśnie z siebie wyrzuciła. Chciała się wyrwać i uciec, ale przytrzymał ją.
- Puść mnie.- warknęła groźnie.
- Nie, a teraz mnie wysłuchasz.- spojrzał prosto w jej intensywnie zielone tęczówki.- Kocham cię Ginewro Weasly. Kocham cię jak nikogo na świecie, co ja gadam?! Ja nie mam nikogo innego na świecie. Moi rodzice trafili do Azkabanu, moi "koledzy" zginęli w bitwie, albo też ich pozamykali. Byłaś jedyną osobą, która wyciągnęła do mnie rękę, nikt inny nie chciał mieć do czynienia z synem śmierciożerców. Minęły ledwie dwa miesiące, a ja już nie potrafię bez ciebie żyć! Wciąż o tobie myślę, w każdej sekundzie. Pragnę tylko mieć cie w swoich ramionach. Nawet nie wiesz co czułem przez ostatnie dwa tygodnie, odkąd nie przyszłaś pod łazienkę Marty, a potem nie przychodziłaś tu- na wieżę. Codziennie czekałem, dzień w dzień, dlatego że... Kocham cię do szaleństwa i nie zamierzam przestawać. Nawet nie myśl sobie, że pozwolę ci gdziekolwiek uciec! Jak możesz porównywać się do tamtych ślizgonek? Dobrze wiesz, że to takie dziewczyny, które każdemu wpychają się do łóżka! Ja zamierzam cię poślubić Ginewro Weasly! Jak mógłbym zostawić dziewczynę, która tak świetnie upokorzyła Pottera na oczach całej szkoły?
Była tak zszokowana tym co usłyszała, że kolejno zamrugała oczami, uśmiechnęła się szeroko, pocałowała go, oderwała się od niego, poczerwieniała, obruszyła się, odwróciła na pięcie, zatrzymała w drzwiach.
- Jutro rano widzę cię przy drzwiach do Wielkiej Sali, Malfoy.- prawie podskakując z radości ruszyła dokończyć szlaban u Filcha.

Draco spojrzał w niebo nie mogąc uwierzyć, że tu na wieży astronomicznej znalazł swoją własną gwiazdę, która odtąd będzie oświetlać mu drogę przez życie, a jeszcze bardziej zadziwił go fakt, że w ogóle mógł wymyślić taką frajersko- romantyczną bzdurę... Ale fakt... Czeka go cała masa wybuchów i niejedna cholerna supernowa...

Merlin z Wami!
~Shen

Już za późno... (Lumione)

One shocik :P niby delikatny ale jednak +18, więc nieletni nie czytają ;) teoretycznie xD w końcu internety
 
   -Hermiona? A tak... Ta laska Pottera. Mówią, że zimna suka, jednym ruchem różdżki wykończyć potrafi.
-Nie no co ty? Laska? Zimna suka? Raczej zimna dziewica... Cały czas w książkach siedzi.
Tak właśnie mówili o Hermionie Granger, uczennicy szóstego roku w Hogwarcie, chłopcy.

 -Hermiona? Merlinie ona w ogóle nie ma stylu. Raz tylko ładnie się ubrała! Na bal. Mówią, że Ginny jej pomagała.
   -Racja. Taka z niej cicha woda, a Potter (tu spojrzenie w górę, oczy zamglone) i Ronald (mniej zamglone oczy) tak za nią latają. Jak ona to robi?
   -No wiesz zdolna jest może ich zaczarowała.
A tak oto mówiły o Hermionie Granger inne dziewczęta z Hogwartu, od czasu do czasu rzucając jej nienawistne spojrzenia.

    Mało kto jednak znał prawdziwą Hermionę. O dziwo nie byli to wcale jej przyjaciele. Można powiedzieć, że wręcz wrogowie, przynajmniej z punktu widzenia osób postronnych. Najlepiej jednak znałem ją ja.
    Zdarzały się chwilę, że przychodziła do mnie. Późno w nocy. Zawsze wysyłała patronusa. Małą figlarną kotkę. Przybiegała cichcem w swej połyskliwej bieli i przekazywała wiadomość od swojej pani.
Potem przychodziła ona sama.
    -Witaj Lucjuszu.- przystawała w progu jednak nie na długo.
    -Witaj Hermiono.- odpowiadałem i rozstawiałem dwie szklanki na mahoniowej etażerce, po chwili były pełne złocistego płynu. W tedy przysiadała na poręczy mojego fotela i sięgała po błogosławiony napój.
Ja również i pogrążaliśmy się w rozmowie. Poczynając od posunięć mojego Pana, kończąc na Narcyzie, która spała w pokoju obok. To właśnie nas łączyło. Zamiłowanie do ryzyka i seks.
    -Hermiono, pokaż na co cię stać.- szeptałem prosto do jej ucha, a ona z błyskiem w oku udowadniała mi swoją wartość. Szlama? Nie w tych chwilach, wtedy była moją prywatną boginią. Te gorąco żaru, który od niej bił. Jej usta niby niewinne, aczkolwiek całujące z taką namiętnością. Jej oczy płonące pożądaniem. Jej głos rozpalający krew w żyłach do stanu wrzenia. Jej smak wręcz otumaniający i ta rozkoszna ciasność.         Zaspokajała mnie na długie chwile, nie raz, nie dwa. Wiele razy dając mi do zrozumienia, że nie jest moją niewolnicą. Moją władczynią. Boginią pożądania. Potem zostawała do świtu i gdy słońce wschodziło wymykała się cichcem niczym leśna driada. Tak było do czasu.
    Fascynowała mnie do granic możliwości. Myślałem o niej cały czas. Nie. Nie byłem w niej zakochany. Byłem zakochany w tych chwilach, co łączyły nas więzią, jak mi się wtedy zdawało nie rozerwalną.
Tak więc w swej gorączce zapominałem o świecie w koło mnie i o Narcyzie. Nie zdawałem sobie sprawy jak wielki  popełniam błąd.
    Gdy przyszła po raz kolejny. Jak zawsze w tym samym rytuale i leżała na mojej piersi pogrążona we śnie, ja zaś w zamyśleniu. Nie usłyszałem cichego zgrzytu otwierającego się zamka. Potem był tylko promień, zielony pochłaniający wszystko w koło. I ona leżąca w bezruchu ze spokojem i melancholią widoczną w jej pięknych, orzechowych oczach. Następnie trzask drzwi i białe długie włosy przez ułamek sekundy falujące gdzieś w oddali. Narcyza.
    To dopiero uświadomiło mnie o tym co czułem. Tak ja Lucjusz Malfoy, śmierciożerca, pogromca szlam, pokochałem Hermionę Granger. Mojego wroga, jak sądzili postronni. Zrozumiałem to dopiero, gdy ją utraciłem. Dlaczego? Byłem zbyt pyszny. Zbyt dumny, aby zaakceptować swoje serce, które wyrywało się z mojej piersi. Toczyło bój z umysłem, nie dawało spokoju.
    Teraz żałuje. Spoglądam w dal, widzę ogród, kobietę w zieleni wędrującą w oddali. Jej białe włosy niesie wiatr podobnie jak szaleńczy śmiech. Prowadzący słuchacza na skraj obłędu. Budzi się we mnie nienawiść. Tylko na chwilę, bo przez ułamek sekundy słyszę "jej" śmiech. Śmiech przynoszący ból. Ból, który nie burzy. Ból, który daje spokój...

Merlin z Wami!
~Shen

Miłość dla większego dobra

Postanowiłam wrzucić najpierw kilka tekstów z nieistniejącego już mojego pierwszego bloga. Serdecznie zapraszam do czytania i komentowania.

    Młoda dziewczyna siedziała opierając się o zimną ścianę wieży astronomicznej. Zawsze gdy miała problem spoglądała w nocne niebo. To pomagało jej spokojnie wszystko przemyśleć.
   Tym razem jej problem nie był taki łatwy. Nie chodziło tu o zdolność logicznego myślenia. Z tym nigdy nie miała problemu, oj nie. Była najlepszą uczennicą w szkole, zwłaszcza z transmutacji. Nie miała zbyt wielu przyjaciół, ponieważ zwykle siedziała w bibliotece zagrzebana po uszy w książkach i zwojach pergaminuWiedziała też, że nie może zwierzyć się przyjaciołom, tym z nielicznych bliskich jej osób. Nie zrozumieliby jej. 
   Wiatr rozwiał jej kasztanowe loki, a jedna mała łezka spłynęła po jej policzku. Tu nie chodziło o zwykłą sprawę. Tu w grę wchodziło serce, a z tym nie potrafiła sobie poradzić. Zawsze przecież sugerowała się rozsądkiem. Teraz nie miała bladego pojęcia co ma zrobić? Pokochała swojego profesora. Zawsze dażyła go wielkim szacunkiem, ale od czasu kiedy zaczęły się ich dodatkowe zajęcia szacunek zrodził się w prawdziwe uczucie. Była zauroczona kilka razy, teraz wiedziała, że wpadła po uszy
I to był właśnie problem młodej gryfonki...

    Kobieta uśmiechnęła się na myśl wspomnień. Teraz z perspektywy wielu, wielu lat bawiła ją owa młodzieńcza nieporadność. Ja gryfonką? A zachowałam się jak kompletna puchonka. Powinnam od razu powiedzieć mu co czuje. Wiedziałam, że nie potrafiłby stworzyć stałego związku. Jednak był wspaniałym kochankiem... Teraz on już nie żyje. Jego portret zawisł w gabinecie dyrektora Hogwartu. Jej ukochany... Zginął w sprawie Złotego Chłopca...
Ona była już stara. Nigdy nie miała dzieci. Po ukończeniu szkoły poszła na studia, by po kilku latach powrócić do domu, do Hogwartu. Została nauczycielką transmutacji, oddała się dzieciom innych, mimo że zawsze marzyła o własnym potomku. 
Niedługo umrze. Jest już stara... Jak bardzo chce do niego dołączyć...

-Ona zmarła.- wszędzie dało się słyszeć szepty obrazów.- Zmarła nauczycielka transmutacji...
W końcu ta wieść dotarła i do niego. 
Nigdy jej nie kochałSpędził z nią nie jedną upojną noc, ale nigdy nie obdarzył jej prawdziwym uczuciem. Cóż... Zasługiwała nfa to. Na pewnoByła dobra. 
Dyrektor na obrazie potarł swój haczykowaty nos w geście zamyślenia. 
Ja nigdy nie kochałem, nie potrafiłem
Ostatnie lata życia poświęciłem większemu dobru. Wygrał Zakon Feniksa wszystko się ułożyło, a ona odegrała w tym wielką rolę. Wiedział, że nie zawsze się z nim zgadzała i właśnie dlatego musiał ją wykorzystać. Inaczej by go nie posłuchała. Zbyt wiele istnień zależało od niej i od niego. Los Pottera, a przez to wielu innych... Tak ona zawsze dbała o Wybrańca. 
- Nigdy jej nie kochałeś odezwał się Phineas.- patrząc na niego z ukosa.- Wiesz jakie były jej ostatnie słowa? 
"Kocham cię, już zaraz się spotkamy."
    Gdyby obrazy miały uczucia chyba by zapłakał. Wykorzystał jej miłość dla dobra ogółu... Dopiero teraz zrozumiał swój błąd. On Albus Dumbledore, człowiek który innym tyle mówił o miłości wykorzystał miłość jego Minerwy, jego Minnie.
Uczynił z niej broń... Miłość dla większego dobra...

Merlin z wami!
~Shen

poniedziałek, 13 marca 2017

Witam

Co tu się będzie działo? Nie mam pojęcia. Mam nadzieję, że dużo i regularnie. Postaram się wrzucać i miniatury, i one shoty, może kiedyś coś dłuższego, może kiedyś... Chyba, że przedtem umrę ze starości, a jeszcze później planuję napisać coś całkiem mojego. Niech Wena da! Chciałam też wszystkim z całego serca polecić bloga mordercy literatury: HG SS, czyli geniusz poszukiwany od zaraz... http://hgssczyligeniuszposzukiwanyodzaraz.blogspot.com/?m=1 Fica dziewczyny o niesamowitym stylu pisania i wielkiej wyobraźni, która jeśli to czyta, to niech lepiej siądzie do pisania! Już ona wie czemu. ;) Mam nadzieję, że zajrzała tu też Mroczna... Więc jeszcze raz witam wszystkich w sekcie. Merlin z wami!
~Shen